Disco kasety lepsze od kobiety
12/29/2009 Autor: Keyboard Cat

Nie przepadam za podsumowaniami, a już na pewno nie uznaję list numerowanych, tak więc na pewno czegoś takiego nie stworzę . Drugim powodem może być fakt, że przespałam chyba większość *ważnych* rzeczy, które podobno się działy. Ten rok upłynął mi na przechodzeniu do porządku dziennego obok wrażenia, że ktoś tu nieustannie mnie oszukuje wmawiając, że jesteśmy świadkami HISTORII, że w muzyce dzieją się wspaniałe rzeczy, a ja powinnam się tym zachwycać. Myślę, że jest wręcz odwrotnie, bo nie usłyszałam niczego, co nie byłoby mniej lub bardziej oryginalnym przetwarzaniem motywów z poprzednich dekad. Dlatego na jakiś czas zupełnie odwróciłam się od wszelkich nowinek, żeby potem jeden po drugim, prawie bezkrytycznie łykać ciepłe house’y, których nie trzeba traktować poważnie – wystarczy, żeby można było z nich wyciąć dwie interesujące minuty i wkleić do miksu.
To oraz powrót brzmienia lat 90. stało się okazją do odświeżenia kawałków Dj Tonki, Armanda Van Heldena (szczególnie z okolic „2 Future 4 U”), Farley’a Jackmaster Funka czy Dj Sneaka. Natomiast jedno z przyjemniejszych zjawisk roku 2009 czyli moda na budowanie house’ów na samplach z disco i funku stało się pretekstem do powrotu do chicagowskich początków gatunku. Jednak wracając do mijającego roku, disco-funkowe zabarwienie house’u nabrało oczywicie zupełnie innego wymiaru niż na przełomie lat 80. i 90., bo przede wszystkim nie jest ani niczym przełomowym ani wyjątkowym. Najprościej można by chyba to opisać jako swego rodzaju połączenie french-touchu,deep i disco-house’u w najróżniejszych proporcjach, sklejone disco-funkowymi wstawkami, czasem flirtujące z piosenkową formułą i strukturą, częściej jednak w typowej house’owej formie. Generalnie nie ma tu wielkiej filozofii, a jedynie tęsknota za fantastyczną muzyką lat 70. Postaram się po krótce przedstawić to, co udało mi się wyłowić z nadmiaru utworów i mixów, którymi zalał mnie Internet.
Niekwestionowanymi zwycięzcami w kategorii „back to the seventies” są oczyliście A-Trak i Armand Van Helden z ich „aNYway” oraz mniej znanym, ale również bardzo przyzwoitym Grand Steppin'. Warto też przypomnieć sobie, że jednym z remixów , którym zaczynał swoja karierę Van Helden (jeszcze przed przełomowym remixem „Professional Widow” Tori Amos), była przeróbka kawałkaThe Bomb! The Bucketheads opartego na samplu ze „Street Player” jazz-funkowej grupy Chicago. Nie chcę sugerować przez to, że może Armand Van Helden już całkiem pójdzie w stronę disco-house’ów , bo jest to raczej mało prawdopodobne - wydaje się być jednym z niewielu dj, którzy potrafią doskonale uwypuklić dobre cechy każdego gatunku i w odpowiednim momencie przewidzieć, co w danej chwili będzie modne. Stąd też jego tegoroczne flirty z indie czyli min. współpraca z Dizzeem Rascalem i „Bonkers” oraz remix Jacka Penate.
Na wzmiankę zasługuje też z pewnością chicagowski duet Le Principle, który z nienajgorszym skutkiem porywał się na mixowanie takich klasyków jak „Celebration” Kool And The Gang czy „Le Freak” Chic. W tej samej lidze umieściłabym też ich znajomych z Nowego Jorku, czyli Silver Disco. A jeśli chodzi o cięższe rzeczy z zabarwieniem disco, jak dla mnie w tym roku wygrywa The Phantom’s Revenge:
Silver Disco - Lady Lover
Le Principle – The Music
Rubix – Baiser Sur La Disco (Rubix, promowany przez Laidback Luke’a, zazwyczaj nagrywa w zupełnie innym klimacie)
Airys - Vedo In Te (TiTAN è un figo Remix)
The Disko Starz – Girl Come Back (Oh Girl)
Mason Proper – Safe For Time Being (Wallpaper Remix)
Kamei – Hot (większość jego kawałków to nudziarstwo, ale skoro w wieku lat 15 potrafi zrobić cos takiego, to dobrze mu to wróży na przyszłość)
LOL Boys – Arabesque
Jacksons 5 – The Love You Save (Knocks Remix)
datA - Electric Fever (Munk Remix)
PS. Powinnam też wymienić Shazama, Holy Ghost! (do których wciąż nie do końca jestem przekonana), Russa Chimesa i jego znajomych ze składanki Valerie and Friends oraz tych związanych z Binary, jednak to jest chyba materiał na osobny tekst więc poprzestanę na tej wzmiance.
Dobre momenty - 2009
12/28/2009 Autor: Tomek

Nadszedł czas na muzyczne podsumowanie mijającego 2009 roku. Nie rozdzielałem moich faworytów na poszczególne kategorie. Nie są to również chartsy, więc nie sugerujcie się zupełnie przypadkową kolejnością. Wrzuciłem do jednego wora kilka płyt oraz kluczowych, zeszłorocznych utworów do których wracałem najczęściej i które ubarwiały mi kolejne, mijające miesiące. Zestawienie okazało się być całkiem eklektyczne. Let's start!
Kalle J - I Skydd Av Morket
Tesla Boy - Tesla Boy
Swayzak - Easy
Track pochodzi z epki "The Missing" zawierającej odświeżony material sprzed bodaj 12 lat. Kawałek "Easy" łudząco przypomina mi "Caught In This Affair" z ich albumu "Himawari" wydanego w 2000 roku. Swayzak to jeden z tych projektów od którego nie wymagam jakichś diametralnych zmian czy muzycznych metamorfoz. Przeważnie oszczędnie i melodyjnie... zawsze ze sporą klasą.

Andreas Tilliander feat. New Moscow - Caught In A Riot
O Andreasie pisałem już jakiś czas temu, właśnie przy okazji tego tracka. Przebojowy tech-house w popowej formule.
Ben Klock - In a While
Classixx feat. Jeppe - I Will Get You
Usłyszałem raz i na długo nie mogłem uwolnić się od tej melodii. Latem ta produkcja weszła mi wyjątkowo sprawnie.
Warpaint - Exquisite Corpse
Phoenix - Lisztomania
Kikumoto Allstars - Sagittarius

Atom (TM) - Liedgut
Rytmiczny hałas w najlepszym wydaniu. To będzie jedna z moich ulubionych pozycji w katalogu wytwórni Raster-Noton.
Solomun - Forever
Koniec roku i takie zaskoczenie. Kilka tygodni temu Mateusz podklepał mi ten kawałek. Spodobało się. Mozolnie snujący się przez ponad 8 minut, balearyczny tech-house. Przywodzi mi trochę na myśl pamiętne Discopolis by Lifelike & Kris Menace.
Popnoname - Touch (The Field Remix)
Dj Quik & Kurupt - Watcha Wan Do
Abe Duque & Blake Baxter - Let's Take It Back
Wiley - Bang

Tim Hecker - An Imaginary Country
Stuff od Heckera łykałem w ciemno. Płyta subtelna i zarazem emocjonująca. Problem z dronami i dźwiękowami plamami jest taki, że często potrafią być nużące i zbyt dekoracyjne. "An Imaginery Country" całkiem mocno angażuje słuchacza, więc wydaje mi się, że o jakiejkolwiek "muzyce tła" w tym przypadku, nie ma mowy.
Expo '70 - Awakening
Durrty Goodz feat. Mac - Forward Skip
Washed Out - Life of Leisure / High Times
Pierwsza, lepsza od drugiej i vice versa.

Toro Y Moi - 109
Po ostatnich demówkach czuję spory niedosyt. Sam Kayne West pokłada w Toro Y Moi sporo nadziei, hype'ując go przy okazji na swoim blogu. Liczę więc na to, że nas nie rozczaruje, bo przy wszechobecnej presji i ciśnieniu na jego, nie wydany jeszcze debiut, różnie to może z chłopakiem być. Podobno jest w trakcie urządzania swojego domowego studia.
Holy Ghost! - I Will Come Back (Classixx Acacpulco Nights Version)
Coco Solid feat. Bobbi Soxx - Turtle Pizza Cadillacs
Gucci Mane
Nic konkretnego. Gucci jako zjawisko.
The second one is always worse!
12/25/2009 Autor: Tomek

Nie wiem czego dokładnie szuka Scarlett Johanson na zdjęciu powyżej. Mam tylko nadzieję, że nie popija tego "pindakaasa", puszkowym piwem. Myślę, że nawet sami holendrzy by na to nie wpadli.
Ja również dokonałem małego researchu, licząc na jakieś smakowite, dźwiękowe dobrocie. Przy okazji świąt i intensywnych domowych porządków, wygrzebałem sporo zapomnianych cedeerów, których wnioskując po grubszej warstwie kurzu, dawno nie odpalałem. Nie chciałbym się w tym miejscu okazać jakimś dwulicowcem, farbowanym lisem głoszącym o wyższości muzyki legalnej, nad muzyką ściąganą z warezów czy innych rapidshare'ów, a przed dzień granej imprezy przeszukującym blogowe (pirackie do szpiku kości!) archiwa w poszukiwaniu "bangerowych sztosów". Nie mam zamiaru nikogo wychowywać, uświadamiać czy prowokować do zakładania konta na Zero Inch, Juno, Audiojelly. Są święta... drugi dzień świąt. Dziś nikogo nie okradniemy. Nie opublikuję i nie stworzę możliwości zareklamowania "sztosa" na The Other People Place BLOG, w cenie podprowadzonych dziewięćdziesięciu dziewięciu euro centów z kasy Juno. Bo co z tego, że i tak spora część labeli posiadających miesięczny utarg z digitali, w wysokości nie większej niż 300 euro, celowo puszcza materiał w drugim obiegu, nie szczególnie dbając przy tym o swoje dochody ? To praktycznie jedyna szansa dla nich na dotarcie do szerszej publiczności oraz możliwość dorzucenia swoich trzech groszy na muzycznej scenie i nie zaginięcia przy tym, w gąszczu flagowych labeli z chociażby Beatporta. Przepraszam za swoją frywolności, ale wiesz, rozumiesz... nie chcę kraść Ci Twoich dolarów, ja pomóc chciałem! Wróćmy jednak do sedna.
Udało mi się odkopać całą zawartość katalogu, kanadyjskiego Epsilon Lab. Jest to jeden z tych labeli stworzonych w pewnym sensie na podwalinach "the one and only" Thinner Netlabel. Przed laty trzon tejże ekipy prezentował się nad wyraz imponująco, a kolejne darmowe wydawnictwa firmowane były przez chociażby Marko Fürstenberga, Mikkel Metala, Johana Skugge'a czy Vladislava Delaya. Kilka osób związanych z tym kolektywem, zmotywowanych sukcesem Thinnera, zdecydowała się spróbować swoich sił z własnymi projektami. W przeciągu kilku następnych lat m.in. Joerg Schuster stworzył Dalaki. Jean-Patrice Rémillard a.k.a Pheek, skupił się na swoim Archipel Records, a Eloi Brunelle na wspomnianym Epsilon Lab. Epsilon pomimo fajnego supportu ze strony kanadyjskich zawodników pokroju Deadbeata, Mateo Murphy'ego (współproducent tracków Tigi, był także odpowiedzialny za brzmienie wczesnych płyt z Turbo) czy Allanda Byallo i Frivolousa, nie przetrwał nawet 4 lat, pozostawiając po sobie spuściznę w postaci, niespełna trzydziestu darmowych wydawnictw.
Trzy wałki, niebezpiecznie podbite do granic możliwości plastikowych zestawów Creative'a. Całkowicie za free i jakże legalne (na licencji Creative Commons). Dla wielu, prawdopodobne jedyne trzy, legalne mp3 na windowsowej partycji. Let's get crazy!
Eloi Brunelle - Bernard
Alexandre Bilodeau - Energy (Original Mix)
Pero - Le Ghost
Femme En Fourrure
12/25/2009 Autor: Stadtkind

Na ich trop wpadłem przy okazji sprawdzania remiksów sympatycznego numeru Myd pod tytułem "Train To Bamako". Popełnili też ciekawy remiks dla świeżego singla "I Love London" Crystal Fighters. Zaintrygowała mnie nazwa i postanowiłem zbadać temat. Strzelam, że są z północy. Bingo! Pochodzą z Helsinek. Ich identyfikacja wizualna uruchamia ciąg skojarzeń z The Knife czy Royksopp, skandynawskim electropopem czy emotroniką. Elegancko, oszczędnie, intrygująco. Ciekawość dodatkowo wzbudza fakt, że jest to duet mieszany.
Na koncie mają oprócz wspomnianych wyżej remiksów, jeszcze jeden dla Edu K. Nadchodzące wydawnictwa będą sygnowane marką Top Billin, w tym zawiera się remiks kawałka "Jabbajaws" Sekty z Sorry Ghettoblaster. Przeglądam tracklisty miksów - wykazują głównie zainteresowanie housem, momentami w wydaniu bardziej technicznym, momentami głębszym czy też zabarwionym folkiem. Podobnie jest z ich produkcjami. Brzmienie mocno zredukowane, wypolerowane, monotonne. Juuso & Bianca unikają nadmiernego cytowania z etno, podążając raczej w stronę minimal housu. Zapętlone frazy wokalne, długie breaki budujące napięcie, trochę pisków, gwizdów, skrzeczenia i typowych przeszkadzajek. W tym kontekście bliżej im do Berlina niż Paryża czy Londynu.
Może i nie są tzw. "next big thing", bo wiele podobnych projektów pojawiło się w ostatnim czasie, nie wspominając o producentach, którzy obrali podobny kierunek. Co jednak zwróciło moją uwagę, to własnie ta wyróżniająca się identyfikacja. Gdybym zobaczył ich zdjęcie w gazecie lub na jakiejś stronie internetowej, moje pierwsze skojarzenia byłyby: "kolejna Florence i jej maszyna do robienia bitów" lub "nowe The XX". A tu proszę, para jak ze zdjęcia z Voguea produkuje rasowy tech-house! No i ta nazwa, poza tym że nie najłatwiejsza, to budzi inne skojarzenia.
Znajdą się na iPodach nastolatków? Hipsterzy to kupią? Is minimal the new black? Te pytania są trochę kpiące, niemniej jednak spójrzcie na teledysk do "Plump Bisquit". Dźwiękowa artyleria jakby zapożyczona od Sound Pellegrino, ale sfera wizualna równie dobrze pasowała by do Klaxons, Hot Chip czy MGMT.
Ach, no i dzięki temu klipowi, wiemy już na pewno, że cycki nigdy nie byłyby tak fajne bez sutków.
Jakbym był złośliwy to bym powiedział coś więcej o oswajaniu młodzieży z minimalem i tech housem, ale ugryzę się w palce i nie wystukam tego na klawiaturze.
Crystal Fighters - I Love London (Femme En Fourrure Remix)
Pzdr.
Stadtkind
Vice Magazine - Polish Edition
12/17/2009 Autor: The Other People Place

"Odważny, bystry i przezabawnie ordynarny"
Niestety to nie o Twoim starym. Tak o nas napisał Vissionare. VICE Magazine wchodzi do Polski! Obojętnie gdzie wchodzimy, wchodzimy na pełnej kurwie, by zacytować kibola Arki Gdynia.
Czemu warto? Bo nie mamy na koncie żadnego słabego układu, nie napisaliśmy o nikim dobrze, by o nas napisał dobrze. Za to wielokrotnie napisaliśmy o kimś źle i dostaliśmy w zamian to samo. Tak, wpuszczamy reklamodawców, ale to oni zależą od nas, nie my od nich. Nie zobaczysz u nas reklamy pasty do zębów, a nawet reklama grubego brandu będzie reklamą wybrudzoną specjalnie dla naszych potrzeb. Nie zapomnij, że VICE jest za FREE! Z czegoś żyć musimy , wolimy z hajsu koncernów, niż z Waszego.
Z każdym wydaniem rozchodzi się prawie milion kopii w 22 krajach świata. Każda z nich pokazuje faka wielkiego jak Tadżmahal całej kulturze spod znaku glejmur. Piszemy tak, jak chcemy pisać i nie zmienimy stylu, bo wbijamy w koniunkturę.
Wreszcie dotarliśmy do Polski – po raz kolejny przed Polską była nawet Bułgaria. Lacha. Grunt, że jesteśmy. Budujemy społeczność – w ciągu 5 dni dobijamy do 1000 fanów na facebooku. Niebawem rusza oficjalna strona www.viceland.com/pl - tam nas znajdziecie. Póki co, szukajcie nas na FB – VICE POLSKA. Już wkrótce na papierze, u Ciebie w mieście.
Łukasz Chomyń
Ambiwalencja
12/14/2009 Autor: Stadtkind

Kiedy byłem młodszy i zaczynałem przygodę nie tylko z beletrystyką, ale też i literaturą popularnonaukową czy publicystyką to każde napotkane trudniejsze słowo zapisywałem skrupulatnie wraz z wytłumaczeniem w specjalnym zeszycie. Chodzi o sformułowania, które w dużej mierze znajdziecie w "Słowniku Wyrazów Obcych i Zwrotów Obcojęzycznych" Władysława Kopalińskiego. W pewnym momencie stał się on obiektem docinków ze strony znajomych, ale mnie to wcale nie peszyło. W końcu najzwyczajniej w świecie znudziło mi się to, ale wspomniany kajet mam do dziś.
Jednym z takich słów, jest tytułowa "ambiwalencja". W ostatnim czasie dość często cisnęło mi się ono na język. Lubię je, jest bardzo użyteczne. Można je rzucić i nie wyrazić nic konkretnego, innym razem zaś krótko i trafnie podsumować sytuację. Do czego zmierzam? To słowo całkiem dobrze wyraża mój stosunek do holenderskiej sceny, która ma teraz swoje 5 minut światowego rozgłosu. Dirty Dutch podbija świat. Chuckie miał wielką trasę z Lil' Jonem, a Afrojack jest promowany przez Fool's Gold. To nie dotyczy tylko i wyłącznie samych Holendrów, ale też reszty didżei i producentów, wcześniej związanych ze sceną z grubsza powiedziawszy electro housową. Steve Angello dał się porwać folkowej gorączce, a Laidback Luke zaliczył współpracę z Diplo czy A-Trakiem. Doszło do bardzo ciekawego zbliżenia się różnych scen klubowych. To co jeszcze niedawno byłoby uznane za "wiksę, wiochę, muzykę dla karków i białych kozaczków", teraz podbija serca klubowiczów w rurkach i wysokich adidasach. Bo kto nie gubi gaci na parkiecie jak leci "Moombah" w remiksie Afrojacka, hm?
W tym kontekście jednak czasami pojawia się pytanie: "Jeszcze tak, czy już nie?". Weźmy na przykład Laidback Lukea. Remix "Heartbreaker" MSTRKRFT tak, ale ten "When Love Takes Over" Davida Guetty i Kelly Rowland chyba jednak nie, głównie ze względu na oryginał. Wracając zaś do Dirty Dutch, to zdaje się, że jest to chwilowa podnieta. Wszystkie te piszczące, gwiżdżące kawałki są bardzo chwytliwe; ten prosty patent świetnie sprawdza się na parkiecie, w nadmiarze jednak zaczyna męczyć. Niebawem wszyscy zaczną ziewać słysząc te dźwięki. No, ale cieszmy się nimi póki kopią.
I co nam zostanie z tej całej konwergencji? Mała dygresja. Skoro już zacząłem o tych trudnych słowach, to nauczę was jeszcze jednego, chyba że już je znacie. Wcisnąłem je tu jednak umyślnie z innego powodu. Choć w znaczeniu przenośnym jest do przyjęcia w tym kontekście, to brzmi jednak dość pretensjonalnie. To jest stałe zagrożenie podczas używania takich zwrotów, bo można łatwo narazić się na śmieszność. Snobizm to jedno z najbardziej komicznych zjawisk w języku. Albo wyjdzie się na zadufanego bubka albo półinteligenta z awansu albo na osobę, która nie wie co plecie.
Wracając do głównego tematu. To co nam zostanie z tego wspomnianego zbliżenia się różnych scen? Parę ciekawych kolaboracji i kilkanaście tymczasowych hitów? A może pewne poczucie pokory i chęć poszerzenia horyzontów? A może to prostu kolejny symptom globalizacji naszych czasów, coraz częstsze zacieranie się granic między pewnymi zjawiskami. Żyjemy w końcu w czasach wielkiego jelita, gdzie wszystkie znaczenia trawią się w jednym interpretacyjnym kwasie.
Co jednak mogę stwierdzić z całą pewnością, to to że taki Laidback Luke, Afrojack czy Steve Angello to naprawdę bardzo zdolni producenci, zgrabnie balansujący między tym co "blogable" a "radio friendly". I co, mamy ich za to winić? Nawet jeśli, to jednak ich stać na wynajęcie sobie ogromnej wilii na Ibizie. A jak ktoś nie lubi do tego Ibizy, to już jego problem, ja to im zazdroszczę!
Tocadisco - Da Fuckin Noize (Steve Angello Remix)
Juice String - Sex Weed (Laidback Luke Remix)
Afrojack - Radioman (Original Mix)
Pzdr.
Stadtkind.
P.S. Na zdjęciu powyżej jest kompleks budynków "Castalia" w Hadze. To postmodernizm pełną gębą, a ten też jest ambiwalentny.
P.S. 2 Afrojack słucha Radiohead. Nawet sam tytuł na to wskazuje. Sami odgadnijcie z jakiego kawałka pojawia się tam sampel.
P.S. 2 Afrojack słucha Radiohead. Nawet sam tytuł na to wskazuje. Sami odgadnijcie z jakiego kawałka pojawia się tam sampel.
Po zmroku, o świcie
12/12/2009 Autor: Tomek

- Cześć Rafał, tak wcześnie wstajesz ?
- Nie, tak późno kładę się spać...
Właśnie przypomniał mi się ten dialog z filmu biograficznego w reżyserii Lecha Majewskiego, poświęconego Rafałowi Wojaczkowi. Film jak film... W tym 1999 roku nie specjalnie mnie zachwycił, a po latach nawet nie miałem możliwości nabycia tej produkcji i zweryfikowania mojej pierwotnej opinii. No nie ważne...
Tak trochę jest również ze mną. Weekend tym razem zaczął się wyjątkowo wcześniej. Wystartowaliśmy w doborowym towarzystwie na imprezie u Qube'a w Drugim Dnie aby kolejno zaliczyć m.in. grube party z Jackiem Sienkiewiczem w roli głównej, bibę Inventa i Teskko w Kamforze, oraz serię spontanicznych odwiedzin w średniej jakości wrocławskich knajpkach. Wybiła właśnie godzina 5 rano a windowsowy kalendarz twierdzi, że jest sobota. Niby jest wcześniej, więc można by już pójść spać i wstać o jakiejś sensownej godzinie. Z drugiej strony jest już na tyle późno, że mógłbym się przemęczyć przez resztę dnia i położyć się, gdzieś tak chwilę po zmroku. Ten dylemat pojawia się regularnie i wraca do mnie niczym bumerang...
Szukałem jakiegoś kontekstu w którym mógłbym i tym razem umieścić kilka moich "all time favourite" tracków... Bez większego problemu wykopałem dwie produkcje, wchodzące o tej porze niczym klin. Ponadczasowe kompozycje autorstwa Interr-Ference'a, które na nowo odkryłem podczas mojego wypadu wraz z Dizzy Trouble, do Holandii. Przez kolejne tygodnie (obok Davida Carretty i Huggotrona) i nie schodziły z naszej playlisty, puszczane regularnie o każdej porze dnia i nocy, w najróżniejszych okolicznościach.
Tak właśnie było...
I-F - Disko Slique (Instrumental)
I-F - Space Invaders Are Smoking Grass
photo by Magared Durow

